Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

2015/06/27

Gdzie jest Basia... czyli szukanie wiewiórek po Parku Łazienkowskim


Tata popiera stereotyp Azjatów i 'selfies' - sweet fotek.


Wyrwaliśmy się cała rodzinką na całodzienne wyjście do Parku Łazienkowskiego, już bardzo, bardzo długo nie było wycieczek Chen-Werników.




Najbardziej zadziwiające to fakt, że Jaś i Ania, którzy zawsze nawzajem sobie dokuczają, zachowywali się wyśmienicie przez cały dzień. Wszyscy byliśmy mile zdziwieni.


Z mamą robiłyśmy setki zdjęć, pogoda była piękna, ale w cieniu trochę zimno.


Psssst... Można mnie złapać na Instagramie~ @zozocw 


Poprowadziłam sesję zdjęciową dla Rodziców, żeby wreszcie mogli zmienić swoje zdjęcia profilowe na Facebooku ze zdjęć na nartach, gdzie są zasłonięci goglami, na jakieś bardziej wiosenno-letnie.


Mama, jedyna z bezpośrednim internetem w telefonie, była przyklejona do telefonu czasami, aż bateria się wyczerpała. Pierwszy i jedyny raz to nie ja się tak zachowałam.


Po drodze spotkaliśmy różne zwierzaki.


Napotkaliśmy kilku orzeszko-żerców jak przebiegały przez dróżkę i wędrowały z jednego drzewa na drugie.



Ania była zachwycona tymi zwierzaczkami i nieustannie wyszukiwała nowe wiewiórki.


Jasiek był podekscytowany i cały czas wołał Basia, Basia, Basia - co po jakimś czasie stało się bardzo irytujące...


Pod koniec dnia, wszyscy się zmęczyliśmy i byliśmy wyczerpani, ale bardzo zadowoleni że mogliśmy się wreszcie wyrwać z polskiego domu i pochodzić po dworze ... bez psa.


2015/05/13

Odblaskowi najeźdźcy... czyli Ania na placu zabaw

Jestem w Polsce z rodziną.

I'm now in Poland with my family.

Był to bardzo nagły przyjazd na pogrzeb mojego dziadka. Mama po niecałych trzech tygodniach spędzonych na Tajwanie, musiała znowu wyruszać do Polski. Szybciutko spakowaliśmy walizki, i całą piątką wylecieliśmy z Tajwanu w rękach trzymając bilety kupione dzień wcześniej.

It was a very spontaneous leave for my grandfather's funeral. Mom had to leave to Poland not having stayed more than three weeks after coming back to Taiwan from there. Hurriedly, we packed our bags and the five of us flied out of Taiwan, holding boarding passes bought the day before.

Mimo, że cała rodzina razem przyleciała do Warszawy, to tata musiał wrócić na Tajwan pięć dni po przyjeździe, ja będę wyjeżdżać w połowie maja, a mama z Jasiem i Anią pod koniec miesiąca. Niestety przez ten tydzień kiedy był tu ojciec, nie mogliśmy wyjechać nigdzie poza Warszwę. Jednak cieszyliśmy się ładną wiosenną pogodą i poszliśmy we czwórkę, ojciec z trójką dzieci, na plac zabaw.

Even though we came to Warsaw as a family of five, Dad had to head back to Taiwan only five days after landing, I'm leaving mid-May and Mum, Jaś and Ania at the end of the month.
Unfortunately, we couldn't go anywhere outside Warsaw during the week my Dad was here. We did enjoy the beautiful Spring weather though, so Dad took the three of us out to a big playground.

Anka jest niezmiernie ruchliwym dzieckiem, uwielbia się na wszystko wspinać, skakać i ciągle biega. Bardzo lubi zaprzyjaźniać się z innymi dziećmi wszelkich wieków, płci, narodowości i umiejętności językowych.
Naturalnie, bardzo się cieszyła ze spaceru na plac zabaw, i od razu się rozbiegała.

Ania is a very energetic kid who loves to run, climb, jump, hop and skip anywhere and everywhere. She also loves to befriend kids of different ages, nationalities or even language abilities.
Naturally, she was very exited about the trip to the playground and ran off right away.




Po jakimś czasie brykania z Jasiem, starszy brat usiadł by odpocząć.

After some time of accompanying, Jaś sat down to rest for a while.


Wtem, cała wycieczka przedszkolaków wbiegła sznurem na plac zabaw i każdy sprzęt został zajęty przez małych najeźdźców uzbrojonych w odblaskowe kamizelki.

Suddenly, a whole group of kindergarteners flooded into the playground, resulting in every equipment being covered by the army of yellow florescent vests.


Anka była oszołomiona nagłym tłokiem, ale szybko wróciła do siebie i podchodziła do rówieśników, próbując wciągnąć ich do konwersacji.

Ania was a little bit overwhelmed by the crowd at first, but quickly recovered and started walking up to her peers, trying to strike a conversation with them.



Zamiast pytania, "Jak się nazywasz?" lub "Mam na imię Ania. ", podchodząc do energetycznych
dzieci zadawała to samo pytanie, "Co robicie??".

Instead of asking, "What's your name?" or "My name is Ania.", she broke the ice by asking, "What are you doing??".


Wszystkim spacer poza dom bardzo się podobał, i wszyscy mieli okazję nacieszyć się piękną pogodą.

Everyone liked the day out very much, and we all had the chance to enjoy the nice weather.



2014/11/08

Pochylone autobusy... czyli pierwszy dzień w Hong Kong

Obecnie jestem w kochanej Polsce, ale i tak z niemałym opóźnieniem napiszę o naszym pobycie w Hong Kongu.

Lecąc do Polski przesiadamy się w Hong Kongu i Zurichu. Tym razem nasz postój w Hong Kongu był dłuższy niż normalnie - trwał 5 dni, a to z racji naszego uczestnictwa w dwudniowej konferencji na temat edukacji alternatywnej, w tym edukacji domowej. Na owej konferencji zebrały się rodziny edukujące w domu i specjaliści zainteresowani edukacją alternatywaną. Moja rodzina chyba zalicza się do obu tych grup... :P

Ze sobą mieliśmy niezmierną ilość bagaży, wypełnionych między innymi upominkami z Tajwanu dla polskich rodaków, a między upominkami schowane były ciepłe ubrania na mroźną Warszawę.


Ania z swoją dużą podręczną walizką, gotowa do odlotu.


Spłaszczone schody ruchome w lotnisku Hong Kong przypominają o niebezpieczeństwie gapienia się w telefon w czasie przejażdżki. Ja myślę że to wina ich samych ... jest to jedyne lotnisko, na którym byłam, które ma nieoraniczony dostęp do bezpłatnego WiFi... Ale proszę go nie wyłączać!!


Jak dojechaliśmy do pokojów gościnnych uniwerku, pierwsze co zobaczyliśmy to te bransoletki,       zrobione przez dzieci uczące się w domu w Hong Kong. To takie bransoletki zrobione z gumek, które nie tylko były popularne na Tajwanie, ale również okazało się że i w Hong Kong i w Polsce szaleją za nimi dzieci. Dostaliśmy po jednej bransoletce na osobę i każda była inna.



Pierwszego dnia po przylocie, rzuciliśmy wszystko i ruszyliśmy w miasto. Byliśmy na samym południu wyspy Hong Kong i nie wiedziałam wcześniej, że droga do centrum prowadzić będzie w górę i w dół. Na wąskich uliczkach o niezłym pochyleniu widać jak dwupiętrowe autobusy ledwo ledwo trzymając się drogi skręcają w te i we wte. Coś niesamowitego.



Doszliśmy do The Center, który jest piątym najwyższym wieżowcem w Hong Kongu, a i tak przewyższa Pałac Kultury i Nauki o 46% - 109m...



Następnie zniżyliśmy się podziemnych czeluści i przejechaliśmy się metrem. Było to w godzinach szczytu więc wszędzie roiło się od ludzi. Ale jedno zauważyłam, po tym jak ludzie władują się do wagonów, to nie przepchną się do środka, próbując wypełnić metro, tylko stoją przy drzwiach. W związku z tym, pasażerowie często muszą przepuszczać kilka pociągów zanim mogą wsiąść. Nawet w Tajpei, gdzie ludzie są mili i uprzejmi, próbujemy się wepchnąć do wagonu kiedy to jest możliwe.


Zakończyliśmy dzień pyszną kantońską kolacją. I dojechaliśmy taksówką spowrotem do uniwerku, bo mowy nie było żebyśmy po ciemku wspinali się pod górkę z pełnymi brzuchami.

Oto vlog, w którym jest na ekran wrzucone wszystko to, co napisałam :)


2014/10/20

Buddyjska Częstochowa... czyli nowy YouTube z chłopakiem!

Z nadchodzącą pierwszą rocznicą poznania się z Perrym, postanowiliśmy porządnie zacząć coś co chcieliśmy stworzyć od dłuższego czasu.

Nasz wspólny kanał na YouTube!

Mam już swój kanał, a nawet dwa, jeden na filmiki po angielsku i po polsku a drugi na filmiki po chińsku... Ale mniejsza z tym.

Nowy kanał nazywa się Wephobia. Wyjaśnienie?


Po angielsku. Nie będę tłumaczyć, bo i tak nie będzie to miało sensu.

Plan był by filmować wszelkie wydarzenia w naszej codzienności i złatać je w filmik.
Większość czasu jesteśmy z dala od siebie, jeśli nie przez morze, to przez cały kontynent euro-azjatycki. Tak jest teraz, ja jestem w Polsce przez cały miesiąc, a Perry wędruje między Tajwanem, Japonią i Chinami. Jeszcze nie wymyśliłam jak ma mi przesyłać swoje filmiki na taką odległość, bo nawet sfilmowane telefonem są one ogromne (pojemnościowo) ...

Pierwszy filmik sfilmowaliśmy kiedy jeszcze byliśmy razem na Tajwanie.


Tytuł jest po angielsku, ale mogę was zapewnić, że pojawiają się słówka i zdania po hiszpańsku i po chińsku.




Zrobiłam też polskie, chińskie i angielskie napisy. Zaciągnęłam Perry'ego by napisał hiszpańskie. Mamy więc trzy główne języki świata plus polski. Bo polskiego nie może przecież zabraknąć.


Pierwszy filmik (mam nadzieję) z kilku, jest o naszej wizycie u mamy Perry'ego, w budynku memoriału Buddy. Po tym jak mama Perry'ego została mniszką buddyjską, przeniosła się do Chile, dokąd po krótkim czasie, dotarł również wówczas siedemnastoletni Perry i gdzie zamieszkał na 12 lat.




Przy obiedzie w wegeteriańskiej restauracji, podarowałam mamie Perry'ego kubek Bolesławca. Niczego bardziej polskiego nie mogłam znaleźć na Tajwanie (bo przecież wódki nie będę kupować). :P

Filmik calutki jest poniżej, cieszcie się z 1080HD i kiepsko przetłumaczonych napisów, z którymi mi się tak spieszyło, że nie sprawdziłam ich dwukrotnie...




2014/08/04

Od tańczących lampionów do żarcia hamburgerów

Środa30 Cały dzień pomagałam Kasi tłumaczyć polskiemu teatrowi A3.
Teatr prowadzi lekcje i przygotowują tajwańską młodzież na festiwal, na którym będą tańczyć z lampionami.
W czasie ćwiczenia przyjechała miejscowa telewizja by przeprowadzić wywiady. Nie często tłumaczę między polskim a chińskim, ale uważam że mi nieźle poszło.
Po lekcjach rodzinka przyjechała by mnie odebrać, ale zostali na kolację z Kasią i Gosiami.

Czwartek31 Uff, dzisiejszy dzień spędzony cały był w domu, i właściwie nic specjalnego nie robiłam. Dużo lekcji za to było zrobionych...

Piątek1 I kolejny dzień siedzenia w domu. Matma, historia, literatura ...

Niedziela3 I znowu wylądowałam w Yilan.
Tym razen zaciągnęłam Jasia, Perriego i Krystiana na przedstawienie, do którego tak zawzięcie się przygotowywał polski teatr A3 z ich podopiecznymi.
Rano wybrałam się z całą rodziną na mszę polską, po której większość Polaków udała się na pogaduchy nad hamburgerami. Poznałam Krystiana, fajnego chłopa, który studiuje chiński na Tajwanie od roku i nie długo już wyjeżdża. Uprawia kitesurfing i sam się uczy filmawać i edytować filmiki podróżnicze.
Wskoczyliśmy w czwórkę w samochód Perriego i po kilku postojach na casting, odebranie plażowych rzeczy i kupienie picia i żarcia, ruszyliśmy w drogę przybrzeżną szosą. Około czasu kiedy słońce zachodziło, rzuciliśmy się do morza i przez pół godzinki pluskaliśmy. Ja nie często bywam nad morzem, a jeszcze rzadziej w nim pływam... Po wytarciu siebie, pospieszyliśmy do miasta Yilan, po drodze wpadając do drive-through McDonalda.
Nie wystarczyło nam na jeden dzień hamburgerów.
Zdążyliśmy na przedstawienie, które bardzo ładnie wyszło, a po nim długo jeszcze się żegnaliśmy z polską ekipą. Jak tylko wsiedliśmy do samochodu, to wszyscy zdechli ze zmęczenia. 
Do domu wróciliśmy przed 1:00 w nocy ...

Spory tłum się zjawił
Polacy jednorożcy
Ciuciubabka z jabłkiem
Głowa wołowa

Z lewej: Jasiek, Krystian i Perry
Ekipa Tajwańska, Kasia i Ja :)

2014/06/28

Soy chileno!!!... czyli fakty o Chile

Mając chłopaka, który 12 lat mieszkał w Chile, zdecydowałam zebrać 'kilka' faktów o kraju, o którym oprócz tego, gdzie jest położony geograficznie nic nie wiedziałam. :3

Wszystko po angielsku... ale są obrazki. 
Kliknij na "Open Mural" a potem, by powiększyć na "+" lub by zmniejszyć na "-" po prawej stronie.


2014/02/14

Ski 'instructoring' czyli uczenie jazdy na nartach... w Japonii

BARDZO PRZEPRASZAM ŻE TEN POST JEST PO ANGLIELSKU. MOGĘ PRZETŁUMACZYĆ JEŚLI KTOŚ ŁADNIE POPROSI ... chociaż ... to raczej małoprawdopodobne.

Teaching a few kids skiing for a few days and taking them out for little ventures around an unknown city and ski resort is not as traumatic or impossible to succeed as it sounds like. Or sounded like. It was all I panicked inwardly about one week before 'The Adventure'. I've had some experience of taking care of kids, also finding my way around an unknown Japanese speaking environment and of course, skiing.
But put that all together, and add a few pairs of the kid's parents and senior instructor's hawkish eyes... Well, I did mention some inward panicking, right?
Turns out it was not so traumatic. Turns out I really liked the rush. Rush of having 5 consecutive batches of kids in 21 days and the ambition of making them love skiing and me (of course). And I was undoubtedly fueled by all the positive vibes my trainees were passing off, making me really like this job.

Let me give you a somewhat clearer picture of what I was doing in the country of ever-changing weather and snow condition.
For 21 days I had been residing with my sweet, sweet 11 year old brother (who was seriously getting on my nerves) in room 705 - which was in a horrific state. Sorry Mom, you're not getting any pictures.

Room 705 is in the simple yet quite big Prince Hotel in 雫石; read: Shizuku-ishi. 雫石 is in the northern part of Japan's main island. Internet exists only in the lobby, and you could've seen me there every night banging my head on the table and staring at the computer screen which shows that a short, simple video of my bro and I singing Bohemian Rhapsody on the chairlift takes 707 minutes to upload.

It's a ski-in ski-out resort, meaning it's a 20 meter walk to the closest chairlift. There is also a semi-open-air onsen (hot spring). Purpose of it is to relax your sore muscles after a day of shredding. Surprisingly, I was not really sore with all the picking up, climbing, pushing and lifting I did throughout the day. Although I did acquire a fair amount of bruises... some through the domestic abuse my bro inflicts onto me, and some are caused by vengeful bathroom doors. The ski slopes themselves are pretty fun to roll down from, but green - beginner slopes take up a small amount of the mountain.

My lovely students have the tendency of kicking off their skiis and dropping their poles during chairlift rides. And through that I realized how important is the knowledge of 'itchy Nissan' - numbers in Japanese. Not only useful when telling the chairlift operators where had the piece of unfortunate equipment fell, also in passing shoe size, table numbers, counting people, etc.

All in all, I think - I know, that I learned a lot and hopefully taught a lot ;)

For me, experiences of this kind are very useful and important, especially if I want to do more of 'instructoring' when I 'grow up'. I had a wonderful time.