2014/06/28

Soy chileno!!!... czyli fakty o Chile

Mając chłopaka, który 12 lat mieszkał w Chile, zdecydowałam zebrać 'kilka' faktów o kraju, o którym oprócz tego, gdzie jest położony geograficznie nic nie wiedziałam. :3

Wszystko po angielsku... ale są obrazki. 
Kliknij na "Open Mural" a potem, by powiększyć na "+" lub by zmniejszyć na "-" po prawej stronie.


2014/06/25

Kroimy mango (filmik)


Hej, hej heeeeeej!

Kto chce wiedzieć jak się kroi mango - najsmaczniejszy owoc na Ziemi.
Oto instrukcja.
Ręce mamy, głos mój a gęba Ani :)

2014/06/16

Balony mnie nie lubią... czyli filmik dla MInisterstwa Edukacji

Na sam początek chciałabym podziękować Wam za wszystkie pozytywne komentarze do mojego poprzedniego posta. Byłam niezmiernie wzruszona i było to bodźcem do kontynuowania pisemnych opisów mojego zwariowanego życia.
Zwariowane ono naprawdę jest. Nowe możliwości i okazje zjawiają się co rusz, a ja będąc bardzo chciwą i leniwą osóbką, próbuję jak najwięcej robić tak, żebym mogła mieć jak najmniej lekcji w domu :P.
Ale, ale, szczerze mówiąc, ja lubię robić lekcje w domu...



Oto co chciałam napisać dzisiaj:

Na wiosnę robiłam filmik dla tajwańskiego Ministerstwa Edukacji przez agencję, która prowadzi stronę dla osób poszukujących pracy (taki internetowy job bank, czy też internetowe biuro pośrednictwa pracy, jak mi mama podpowiedziała). W końcu filmik im się nie spodobał, więc 3 tygodnie mojej charówki i obiecane NT$90,000 (9,000zł) przepadło.


Dziękuję wszystkim za wizytę! Do następnego razu!


Hehehe. No dobrze, już dobrze, kilka słów rozwinięcia:


W czasie Chińskiego Nowego Roku, Biuro d/s Imigracji poprosiło mnie o pojawienie się na konferencji prasowej dotyczącej nowych prac dla imigrantów. Sponsorem i współorganizatorem tej konferencji była agencja.... nazwijmy ją – Balony.
Balony operują głównie przez strony internetowe, które są używane przez lud Tajwański do szukania pracy.
Ministerstwo Edukacji dało Balonom ogromiastą sumę pieniędzy by stworzyć nową stronę internetową - stronę dla młodzieży, zachęcającą ją do pracy w czasie wakacji.
Część z tych pieniędzy przeznaczona była na konferencję prasową o tej stronie. A z tego jeszcze część miała być użyta na filmik/reklamę, która będzie pokazywana w czasie konferencji.

Po Chińskim Nowym Roku, ktoś z Balonów przeglądnął moje filmiki na YouTubie [link] i zdecydował, że jestem zupełnie zdolna do napisania, filmowania i edytowania filmiku profesjonalnej i telewizyjnej jakości.
Po skontaktowaniu się z moim ojcem, spotkaliśmy się i porozmawialiśmy o kontraktach i o ogólnym pomyśle filmiku. Po wielu, wielu konwersacjach e-mailowych i telefonicznych, zdecydowaliśmy na wspòłpracę i kontrakt został podpisany.


Natychmiastowo zaczęłam pracować nad scenariuszem. Był on wielokrotnie poprawiany i poprawiany aż ja z tatą nie wytrzymaliśmy i wyruszyłam kupić mikrofon i światlło by zacząć filmować.
Poprawiany był dlatego, bo to nie Balony decydują o ostatecznej wersji, tylko Ministerstwo Edukacji.

Ani Balony ani Ministerstwo nie mają pojęcia o filmowaniu, nie potrafią też przekazać swoich wymagań w zrozumiały sposób. Często wyrażając swoją opinię wykazują, że coś jest źle, ale gdzie, co i jak już nie potrafią skonkretyzować. Taka sytuacja jest bardzo irytujaca, bo i oni, i ja wiedzieliśmy od samego poczatku że ja nie mam żadnego wcześniejszego doświadczenia w tym realizacji profesjonalnego filmiku dla TV, a stawiają przede mną wymagania jak przed profesjonaliską.

Po sfilmowaniu i zedytowaniu, po tym jak już naprawdę nie mogłam wytrzymać z ichnimi komentarzami, wprosiłam się do ciupciego zebrania kilku profesjonalnych reżyserów, kamerzystów i producentów filmowych.


Zebranie to było bardzo 'peculiar'. Wchodziło się przez drzwi na parterze do przedsionka, w którym była kuchenka i kilka rowerów; później przechodziło się do małego pokoju, który służył jako biuro. Ale dziwne to było biuro - kilka wielkich monitorów, kilka kamer i kilka 'tripods' ... i materac na podłodze. Krzeseł było dwa razy mniej niż ludz, ale atmosfera była bardzo przytulna. Niewątpliwie wiele ludzi nie uwierzyłoby, że reżyserowie i kamerzyści Discovery Channel i wielu dużych reklam mieszkają w takich warunkach.

Pokazałam im e-mailową konwersację między mną a Balonami, pokazałam scenariusz i poprosiłam o radę.

Z ich poparcia i rad nauczyłam się wiele. Trochę mi trudno wam wytłumaczyć czego dokładnie się nauczyłam, bo dopiero zaczęłam uczyć się polskiego języka mediowego... ale między innymi dowiedziałam się jak poprawnie traktować klientów i jak się z nimi porozumiewać. Bardzo doświadczeni w tym przemyśle, opowiadali o przeróżnych problemach które jeszcze mogły się pojawić. 'All in all' to była niesamowita lekcja.


Rzuciłam project. Szybko to się stało.

Balony przyznali się, że chcą mieć cały filmik od nowa filmowany i edytowany. Chcieli też profesjonalnej narratorki i aktorów głosowych. Z budżetem, który miałam obiecany nie ważyłam się lecieć do studia, wylać połowę tych pieniążków na wynajęcie studia nagraniowego i aktorów, wrócić z produktem, a oni z pewnością znowu chcieliby zmienić coś w filmiku, który – nie, nie, nie i nie.


Morał tej opowieści jest – dwoje niedoświadczonych ludzi pracujących razem to pół biedy; ale jeśli jeden pracuje dla drugiego... to krwawa fatalna katastrofa.


Za kulisami - słit focia z nową lampą :-) :



2014/05/28

Tajne liściki z miejscem i godziną ... czyli bycie modelką

Ostatnio bardzo sie zapoznałam a geografią Tajpej... Dlaczego?
Bo niedawno zaczęłam biegać i jeździć po całym mieście od jednego castingu na drugi, a czasami nawet na trzeci. Chodzić też zaczęłam dużo, a dobre i to, boć to przecież trochę ruchu jest, (tak szczerze powiedziawszy, to oprócz jazdy na nartach w zimie, żadnego innego sportu nie uprawiam, no chyba że lekcje tenisa i taneczne wygibasy przed XBox360 się liczą). Sporty i ruszanie się to oczywiście najzdrowszy sposód na odchudzanie, ale niestety agencje modelingowe i klienci patrzą na to ile człek waży a nie w jakim stanie sam człek jest. Więc przez te wszystkie moje ciężkie mięśnie i kości ... często mijam się z prawdą podając swoje wymiary do castingów ...
Wróćmy jednak do samych castingów.
Najlepiej i najłatwiej będzie wszystko opowiedzieć w kolejności chronologicznej; od współpracy z agencją do dostania pieniążków.


Po wygraniu wielkiego 'beauty paegant', który był po tym poście, agencja która organizowała ten konkurs, zaczęła wysyłać mnie na wszelkiego rodziaju castingi, zdjęcia i nagrania, w tym samym czasie próbując ze mną (a właściwie z moimi rodzicami, bo ja jestem małoletnia) podpisać kontrakt. Kontrakt ten miał wypisane 'outrageus' warunki i zastrzeżenia, więc po pokazaniu naszemu znajomemu prawnikowi, ten złożył go w samolocik i wrzócił do kosza, rzecząc że kontract owy jest nieetyczny i spisał nowy. Wysłany zmieniony kontrakt nigdy nie wrócił, więc nic nie zostało podpisane a ja 'uciekłam' do Polski i Japonii na święta i zimę...


Wiosna nadchodziła, deszczem. (Jak tak pomyśleć, to wszystkie pory roku nadchodzą z deszczem... wiosna, jesień i zima, a w lecie kochane tajfuny).
Ania od dłuższego czasu u nas w rodzinie siedzi, je i pije; ktoś musi za to wszystko płacić! Więc rodzina miała losowanie i włożno do kapelusza karteczki z imonami ludzi, którzy nie pracują (Dorota - mama, Jaś - brat,  i ja) i dano Ani do losowania. Zeus mnie pobłogosławił i moje imię zostało wylosowane. Spakowałam wszyskie moje majętności w kawałek chusty i wyruszyłam w drogę niczym Czerwony Kapturek (a może Szewczyk Dratewka).

Zapukałam na drzwi agencji zajmującej się głównie zagranicznymi modelkami, zostawiłam swoje niezupelnie prawdziwe wymiary i numer telefonu i zaczęłam czekać na pracę.
Długo czekać nie trzeba było. Dostawałam kolejne SMS-y i LINE (aplikacja, której Azjaci używają do czatowania) na którym były informacje o wszelkich castingach i pracach. Taki owy liścik wygląda tak: 
'Casting do katalogu ubrań, 8 godzin, 1500NT za godzinę, 5/22 o 15:00, [adres]'
'Samsung TVC ( Television Commercial – reklama telewizyjna), casting 5/22~24 od 10-12 i 14-19, przymiarka 5/26, filmowanie trwa dwa dni między 5/30 a 6/3.[adres] Proszę przynieść letnią jasną sukienkę i buty na obcasach.'
Po dostaniu wszystkich dat trzeba się upewnić czy jest się wolnym we wszyskich tych dniach, jeśli nie to trzeba natychmiastowo powiadomić agencję .

Jak widać są dwa rodzaje castingów - jedne do zdjęć, a drugie do telewizji. Różnica polega na tym, że na casting do zdjęć idzie się na określoną godzinę, a na casting telewizyjny można wybrać datę i godzinę. Dzieje się tak dlatego, iż klienci szukający modelek do zdjęć często wybierają je z listy modelek, którą agenja im podaje, wybierają patrząc na rozmiary i wymiary, a wybrane proszą na dokładniejszą "inspekcję" i od razu jest przymiarka – w ten sposób modelek na castingu jest mniej i to klienci sami je wybierają.

Do reklam telewizyjnych już jest inny proces wyboru. Wymagane od modelek jest o wiele więcej, bo nie tylko trzeba grać pewną role, ruszać się i czasami coś powiedzieć, ale należy również rozumieć poszczególne instrukcje i wymagania.
Takie castingi nie są przeprowadzane przez klientów, ale przez agencję castingową, która się w tym specjalizuje. Robią kilka zdjęć z różnych kątów i w różnych pozach, trzeba się też przedstawić (co jest nagrywane) i pochodzić, pośmiać, pokopać piłkę (w obcasach), popić coś lub porozmawiać z niewidzialną osobą. To wszystko jest edytowane w mnóstwo krótkich filmików, które są przebierane przez agencję castingową, klientów i na końcu przez reżysera.

Na reklamy telewizyjne proszą o dokładny ubiór. Może to być sukienka, krótkie spodenki lub piżama (takiej pracy jeszcze nie dostałam, ale na pewno gdzieś tam jest...)

Po takich castingach następuje kilkudniowy okres oczekiwania, w czasie którego zapominam o tym, że w ogóle byłam na jakimś castingu ...

Na początku współpracy z ową agencją, jeździłam 3-4 razy w tygodniu na castingi. Teraz tylko około raz na tydzień, bo strasznie jestem zajęta, a i Mama uważa to za stratę czasu. Czymjestem zajęta spytacie? Kiedyś się dowiecie ;) 

Już nie wiem co dalej pisać ale jak są pytanka to proszę strzelać. Tu, tu na dole albo na moim Facebooku facebook.com/ChenZozo

I jeszcze jedno. Czy ktoś chce żebym filmik zrobiła z tego posta?

2014/02/14

Ski 'instructoring' czyli uczenie jazdy na nartach... w Japonii

BARDZO PRZEPRASZAM ŻE TEN POST JEST PO ANGLIELSKU. MOGĘ PRZETŁUMACZYĆ JEŚLI KTOŚ ŁADNIE POPROSI ... chociaż ... to raczej małoprawdopodobne.

Teaching a few kids skiing for a few days and taking them out for little ventures around an unknown city and ski resort is not as traumatic or impossible to succeed as it sounds like. Or sounded like. It was all I panicked inwardly about one week before 'The Adventure'. I've had some experience of taking care of kids, also finding my way around an unknown Japanese speaking environment and of course, skiing.
But put that all together, and add a few pairs of the kid's parents and senior instructor's hawkish eyes... Well, I did mention some inward panicking, right?
Turns out it was not so traumatic. Turns out I really liked the rush. Rush of having 5 consecutive batches of kids in 21 days and the ambition of making them love skiing and me (of course). And I was undoubtedly fueled by all the positive vibes my trainees were passing off, making me really like this job.

Let me give you a somewhat clearer picture of what I was doing in the country of ever-changing weather and snow condition.
For 21 days I had been residing with my sweet, sweet 11 year old brother (who was seriously getting on my nerves) in room 705 - which was in a horrific state. Sorry Mom, you're not getting any pictures.

Room 705 is in the simple yet quite big Prince Hotel in 雫石; read: Shizuku-ishi. 雫石 is in the northern part of Japan's main island. Internet exists only in the lobby, and you could've seen me there every night banging my head on the table and staring at the computer screen which shows that a short, simple video of my bro and I singing Bohemian Rhapsody on the chairlift takes 707 minutes to upload.

It's a ski-in ski-out resort, meaning it's a 20 meter walk to the closest chairlift. There is also a semi-open-air onsen (hot spring). Purpose of it is to relax your sore muscles after a day of shredding. Surprisingly, I was not really sore with all the picking up, climbing, pushing and lifting I did throughout the day. Although I did acquire a fair amount of bruises... some through the domestic abuse my bro inflicts onto me, and some are caused by vengeful bathroom doors. The ski slopes themselves are pretty fun to roll down from, but green - beginner slopes take up a small amount of the mountain.

My lovely students have the tendency of kicking off their skiis and dropping their poles during chairlift rides. And through that I realized how important is the knowledge of 'itchy Nissan' - numbers in Japanese. Not only useful when telling the chairlift operators where had the piece of unfortunate equipment fell, also in passing shoe size, table numbers, counting people, etc.

All in all, I think - I know, that I learned a lot and hopefully taught a lot ;)

For me, experiences of this kind are very useful and important, especially if I want to do more of 'instructoring' when I 'grow up'. I had a wonderful time.

2013/12/18

Wózeczki dla najlepszych przyjaciół człowieka... czyli 'Psia kultura'

Jestem w Polsce.

Tym razem sama przyleciałam. Z dwoma przesiadkami. Fajnie było, czułam się jak dorosła dziewczynka przez te 24 godziny podróży.

W drzwiach mieszkania Babci i Dziadka przywitał mnie Lutek - pies, który został zwierzątkiem domowym zastępując poprzedniczkę, Miłkę, kotkę, która popełniła samobójstwo.

Lutek jest całkiem fajny, choć ma niechęć do płci męskiej... właściwie dokładniej - mężczyzn.
Szczeka i warczy na tatę i wujków, ale na Jasia (brat, 11 lat) żadnej negatywnej reakcji nie ma. Jaś -biedaczek jeszcze ma daleko do 'mężczyzności'...

Z psem naturalnie trzeba wychodzić na spacery kilka razy dziennie... ale nikt mnie nie ostrzegł, że spacer ma trwać godzinę. Go-dzi-nę.
Rozumiem, że on młody i ma brykać, ale 60 minut to dużo...
Na Tajwanie, z naszą Inusią (suczka, 10 lat) wychodzi się trzy razy dziennie, po 20 minut...

Ale właściwie, co mam porównywać z Tajwanem... My tam mamy zupełnie inną 'psią kulturę'.
Po pierwsze, średnia wielkość tajwańskich psów jest prawdopodobnie trzy razy mniejsza od polskich... W związku z tym, nie często są wypuszczane na zewnątrz i spacerki są odbywane w wózeczkach i koszyczkach, a pieski są ubierane w kaftaniki i buciki...
Normą jest zamykanie psiaczków w zdecydowanie za małych klatkach na balkonach, a pozwalanie im swobodnie biegać po domu nie jest najlepiej przyjmowane, tym bardziej że połowa Tajwańczyków panicznie boi się psów.
Nie tylko ludzie boją się ich, to jeszcze przy każdej 'konfrontacji' z innymi psami, wszystko jedno jakiej wielkości, podnoszą je, a na dodotek nie pozwalają by psy razem się bawiły...

A w Polsce? Polska to jest RAJ dla psów!

2013/09/16

ANIA, czyli adoption from a 15 year old's point of view

This was written on the road down to the south of Taiwan, when we were finally bringing Ania back home for good.

The first time I learned about adoption and its meaning probably was watching the movie "Annie" and reading the book "Anne of Green Gables". As someone who loved both of these girls (who had similar names, personalities and even looks) as well as characters from other books and movies, like Stewart Little, I was convinced that adoption is something completely normal.

Later on, I learned about people who are unable to have their own kids, and homosexual couples who in order to build a family, have to adopt.
So adopting a kid or even a baby is a two way thing, both sides complete each other.

The first thought of adoption came up when my little brother mentioned that he wanted a little sister. The topic came up just as many other topics about, shamelessly saying, skateboarding, having a guinea pig or playing saxophone.
I must admit, that my brother certainly has an interesting way of convincing my parents, much more productive and successful than my way, whatever that is.

I'm not bluffing when I say that I've always wanted a little sister. The idea of taking care, teaching and helping to make life choices of someone younger was very appealing (ex. say no to drugs 'n stuff).
I had a fair amount of experience in taking care of kids and seeing how I had pretty much failed with my own brother, I am pretty confident that this time, I'll do it right.

Running out of ideas, I just asked my mom what  more should I write? She asked me, what do you think will change in your life after adopting Ania?
Well, except for the fact that I'll have one more cute kid to star in my videos which will definitely raise the YouTube views, I might just get a little bit less lazy and more independent, I mean, who can't refuse the adorable little face telling you to wake up?
A much grater change might occur in Jas's life, because frankly, Ania is moving in with him.
The whole house has gone through some visible changes: after Ania's first few visits, I saw my old toys, CDs and books resurfacing around the house.

(...)

This is turning into a real-time updating on our current adopting situation, but I would care less.

I'm now back in the car again with my dying 9 year old computer, a drink in hand, which is passed over to Ania from time to time so she could take a sip while staring continuosly at the raindrops falling on the windshield. She appears to be deep in thought and I can't help but wonder what is going through her adorable 3 year old mind. After all, a goodbye with the people who raised you and whom you called "Mom", "Dad" and "Sister" your whole life is quite a lot to take. In company to her foster family, were also her neighbors which I guess have grown pretty close to the wonderful bundle of joy. Everybody had their eyes rimmed with slight traces of tears, but tried the best to hide them.