2014/02/14

Ski 'instructoring' czyli uczenie jazdy na nartach... w Japonii

BARDZO PRZEPRASZAM ŻE TEN POST JEST PO ANGLIELSKU. MOGĘ PRZETŁUMACZYĆ JEŚLI KTOŚ ŁADNIE POPROSI ... chociaż ... to raczej małoprawdopodobne.

Teaching a few kids skiing for a few days and taking them out for little ventures around an unknown city and ski resort is not as traumatic or impossible to succeed as it sounds like. Or sounded like. It was all I panicked inwardly about one week before 'The Adventure'. I've had some experience of taking care of kids, also finding my way around an unknown Japanese speaking environment and of course, skiing.
But put that all together, and add a few pairs of the kid's parents and senior instructor's hawkish eyes... Well, I did mention some inward panicking, right?
Turns out it was not so traumatic. Turns out I really liked the rush. Rush of having 5 consecutive batches of kids in 21 days and the ambition of making them love skiing and me (of course). And I was undoubtedly fueled by all the positive vibes my trainees were passing off, making me really like this job.

Let me give you a somewhat clearer picture of what I was doing in the country of ever-changing weather and snow condition.
For 21 days I had been residing with my sweet, sweet 11 year old brother (who was seriously getting on my nerves) in room 705 - which was in a horrific state. Sorry Mom, you're not getting any pictures.

Room 705 is in the simple yet quite big Prince Hotel in 雫石; read: Shizuku-ishi. 雫石 is in the northern part of Japan's main island. Internet exists only in the lobby, and you could've seen me there every night banging my head on the table and staring at the computer screen which shows that a short, simple video of my bro and I singing Bohemian Rhapsody on the chairlift takes 707 minutes to upload.

It's a ski-in ski-out resort, meaning it's a 20 meter walk to the closest chairlift. There is also a semi-open-air onsen (hot spring). Purpose of it is to relax your sore muscles after a day of shredding. Surprisingly, I was not really sore with all the picking up, climbing, pushing and lifting I did throughout the day. Although I did acquire a fair amount of bruises... some through the domestic abuse my bro inflicts onto me, and some are caused by vengeful bathroom doors. The ski slopes themselves are pretty fun to roll down from, but green - beginner slopes take up a small amount of the mountain.

My lovely students have the tendency of kicking off their skiis and dropping their poles during chairlift rides. And through that I realized how important is the knowledge of 'itchy Nissan' - numbers in Japanese. Not only useful when telling the chairlift operators where had the piece of unfortunate equipment fell, also in passing shoe size, table numbers, counting people, etc.

All in all, I think - I know, that I learned a lot and hopefully taught a lot ;)

For me, experiences of this kind are very useful and important, especially if I want to do more of 'instructoring' when I 'grow up'. I had a wonderful time.

2013/12/18

Wózeczki dla najlepszych przyjaciół człowieka... czyli 'Psia kultura'

Jestem w Polsce.

Tym razem sama przyleciałam. Z dwoma przesiadkami. Fajnie było, czułam się jak dorosła dziewczynka przez te 24 godziny podróży.

W drzwiach mieszkania Babci i Dziadka przywitał mnie Lutek - pies, który został zwierzątkiem domowym zastępując poprzedniczkę, Miłkę, kotkę, która popełniła samobójstwo.

Lutek jest całkiem fajny, choć ma niechęć do płci męskiej... właściwie dokładniej - mężczyzn.
Szczeka i warczy na tatę i wujków, ale na Jasia (brat, 11 lat) żadnej negatywnej reakcji nie ma. Jaś -biedaczek jeszcze ma daleko do 'mężczyzności'...

Z psem naturalnie trzeba wychodzić na spacery kilka razy dziennie... ale nikt mnie nie ostrzegł, że spacer ma trwać godzinę. Go-dzi-nę.
Rozumiem, że on młody i ma brykać, ale 60 minut to dużo...
Na Tajwanie, z naszą Inusią (suczka, 10 lat) wychodzi się trzy razy dziennie, po 20 minut...

Ale właściwie, co mam porównywać z Tajwanem... My tam mamy zupełnie inną 'psią kulturę'.
Po pierwsze, średnia wielkość tajwańskich psów jest prawdopodobnie trzy razy mniejsza od polskich... W związku z tym, nie często są wypuszczane na zewnątrz i spacerki są odbywane w wózeczkach i koszyczkach, a pieski są ubierane w kaftaniki i buciki...
Normą jest zamykanie psiaczków w zdecydowanie za małych klatkach na balkonach, a pozwalanie im swobodnie biegać po domu nie jest najlepiej przyjmowane, tym bardziej że połowa Tajwańczyków panicznie boi się psów.
Nie tylko ludzie boją się ich, to jeszcze przy każdej 'konfrontacji' z innymi psami, wszystko jedno jakiej wielkości, podnoszą je, a na dodotek nie pozwalają by psy razem się bawiły...

A w Polsce? Polska to jest RAJ dla psów!

2013/09/16

ANIA, czyli adoption from a 15 year old's point of view

This was written on the road down to the south of Taiwan, when we were finally bringing Ania back home for good.

The first time I learned about adoption and its meaning probably was watching the movie "Annie" and reading the book "Anne of Green Gables". As someone who loved both of these girls (who had similar names, personalities and even looks) as well as characters from other books and movies, like Stewart Little, I was convinced that adoption is something completely normal.

Later on, I learned about people who are unable to have their own kids, and homosexual couples who in order to build a family, have to adopt.
So adopting a kid or even a baby is a two way thing, both sides complete each other.

The first thought of adoption came up when my little brother mentioned that he wanted a little sister. The topic came up just as many other topics about, shamelessly saying, skateboarding, having a guinea pig or playing saxophone.
I must admit, that my brother certainly has an interesting way of convincing my parents, much more productive and successful than my way, whatever that is.

I'm not bluffing when I say that I've always wanted a little sister. The idea of taking care, teaching and helping to make life choices of someone younger was very appealing (ex. say no to drugs 'n stuff).
I had a fair amount of experience in taking care of kids and seeing how I had pretty much failed with my own brother, I am pretty confident that this time, I'll do it right.

Running out of ideas, I just asked my mom what  more should I write? She asked me, what do you think will change in your life after adopting Ania?
Well, except for the fact that I'll have one more cute kid to star in my videos which will definitely raise the YouTube views, I might just get a little bit less lazy and more independent, I mean, who can't refuse the adorable little face telling you to wake up?
A much grater change might occur in Jas's life, because frankly, Ania is moving in with him.
The whole house has gone through some visible changes: after Ania's first few visits, I saw my old toys, CDs and books resurfacing around the house.

(...)

This is turning into a real-time updating on our current adopting situation, but I would care less.

I'm now back in the car again with my dying 9 year old computer, a drink in hand, which is passed over to Ania from time to time so she could take a sip while staring continuosly at the raindrops falling on the windshield. She appears to be deep in thought and I can't help but wonder what is going through her adorable 3 year old mind. After all, a goodbye with the people who raised you and whom you called "Mom", "Dad" and "Sister" your whole life is quite a lot to take. In company to her foster family, were also her neighbors which I guess have grown pretty close to the wonderful bundle of joy. Everybody had their eyes rimmed with slight traces of tears, but tried the best to hide them.

2013/06/12

Zmyta wioska... czyli niełatwy żywot aborygenów

Nie wiem czy wiecie, że aborygeni są  nie tylko na kontynencie australijskim. 
Na Tajwanie jest ok. 510,000 (2% całej populacji) tajwańskich aborygenów i nie myślcie, że wszyscy są z jednego szczepu - obecnie jest chyba 14 szczepów (co kilka lat jakaś mała grupka tworzy odłam w danym szczepie i ... rejestruje nowy szczep).
Kilka dni temu spotkaliśmy się z dwiema rodzinami aborygeńskimi (ze szczepu P'ai-wan), które też uczą swoje dzieci w domu.. Ich wioska, Da-She (XXX) i droga do niej, zostały zniszczone podczas okropnego tajfunu 4 lata temu. Da-she leży na wysokości ok. 700 m n.p.m. (czyli wyżej niż Łysica w Górach Świętokrzyskich).
Kiedy droga do tej wioski znikła z powierzchni ziemi, wszyscy mieszkańcy zostali przymusowo ewakuowali helikopterami na drugą stronę góry. Po jakimś czasie rząd wybudował dla nich (i mieszkańców dwóch innych wiosek, które spotkał taki sam los) nową wioskę w podnóża góry. W tej nowej wiosce pomieszano aborygenów z trzech różnych szczepów (mających inne zwyczajemówiących innym dialektem i ogólnie niezbyt się lubiących). Rząd zmusił wszystkich do podpisania się zrzeczenia ich domostw w starych wioskach w zamian za otrzymanie domów w nowej wiosce. Jednak nie wszystkim to się podobało.
Gdy okazało się, że Da-she nieucierpiało, top cztery rodziny zdecydowały się tam wrócić. Dla aborygenów przyzwyczajonych do życia w górach przeprowadzka na równinę jest samobójstwem - spośród około 100 osób z Da-she w ciągu dwóch lat zmarło ok. 40 osób! Te cztery rodziny, które wróciły do Da-she nie mają łatwego życia. Droga, która w końcu została naprawiona, przy każdym większym deszczu stwarza niebezpieczeństwo ponownego zawalenia. Roboty drogowe trwają na niej nieustannie.
Z tych czterech rodzin, dwie mają dzieci - w sumie pięcioro - najstarszy chłopak kończy szóstą klasę, a najm,lodszy chłopiec ma dopiero roczek.
Oto zdjęcia z naszej wizyty w Da-she:


Droga, którą jechaliśmy, okazała się nieprzejezdna, więc musieliśmy
zawrócić (szerokość drogi = długość naszego samochodu + 30cm).
Tylko taka marna siatka powstrzymuje te kamienie i głazy
przed osunięciem się ich na drogę.
Dachy domów w Dashe. Ta stalowa konstrukcja po lewej,
to miał być kościół prezbiteriański, ale tajfun i wysiedlenie ludności
sprawilo, że nigdy nie zostal dokończony.
 
Zabawa na dachu zrobionym tradycyjnie z płyt kamiennych.
Najstarszy chłopak gra na listku.
Obieranie bardzo zielonego i kwaśnego mango, które je się z ... solą.
Ten 5-letni maluch cały czas gadał, a poza tym bardzo mu się
spodobała moja baseballówka :-)
Lepienie "kulek" z mąki z prosa,
które sami uprawiają.

Kolacja z "kulek" gotowa! (zauważcie, że ten chłopiec jest o dwa lata
starszy od Jaśka, a Jasiek jest o głowę od niego wyższy)
Najstarsza mieszkanka Dashe.
I najmłodszy mieszkaniec Dashe.


Jedna z mam ofiarowuje nam zrobiony przez siebie prezent.
4 chłopaków i ... jedna dziewczyna (w wieku Jasia).
Jedziemy "Ferrari"!
Wierzcie, nie wierzcie, ale to jest ich pole, gdzie uprawiają proso.
Pomagamy im w przerzucaniu skoszonych chwastów.
(ja po lewej, tata po prawej)
Popiół ze spalonych chwastów służy za nawóz.

Oto kilka faktów o tym strasznym tajfunie:

Tajfun ten nosił nazwę Morakot, co znaczy "szmaragd" w języku... tajskim (Tajlandia).
Był on najbardziej śmiertelnym z zanotowanych tajfunów na Tajwanie - 650 ludzi zginęło, w czym 500 ludzi było z wioski Xiao-Lin (小林村) która cała została zmyta przez lawinę błotną. Z całej wioski liczącej 1200 ludzi, zostały tylko dwa domy.
Ponad tysiąc ludzi trzeba było uratować spod gruzów i z odciętych wiosek. Jeden helikopter ratowniczy z trzema osobami w środku,  uderzył w zbocze góry i wybuchł.
Szkody wyniesione przez ten tajfun wyniosły $110 miliardów NT (=11mld zł)

Owy tajfun, po uderzeniu na Tajwan, przemieścił się na północny-zachód i uderzył w Chiny, gdzie prawie milion mieszkańców przybrzeżnych miejscowości musiało być ewakuowanych w głąb lądu.

2013/05/30

Piękne gęby... czyli wracam do modelingu~

Uuuh~ Co za piękna panna...

Jak tylko przeprowadziłam się na Tajwan zaczęła się moja kariera modelki. Od tego czasu minęło 10 lat i po długim okresie "odpoczywania" wracam do biznesu!!!
Kilka tygodni temu miałam zdjęcia robione do mojego portfolio, książeczki ze zdjęciami, którą się pokazuje agencjom i klientom.
Na razie rozmawialiśmy z dwiema agencjami - jedna mówi że jestem za gruba... (albo coś w tym stylu) a z drugą, która jest jedną z dwóch największych agencji na Tajwanie, podpisuje się kontrakt na 7 lat... Hmmm...
Kiedy poszliśmy do tej drugiej agencji porozmawiać, to bardzo dużo imion znanych ludzi było wymienionych... problem w tym, że nie znam żadnych z nich. Nawet jeśli słyszałam gdzieś te imiona, to nie mam zielonego pojęcia kim są ci ludzie i jak wyglądają... Potrzebuję pomocy.
Teraz zajmę się nauką o tajwańskich gwiazdach...
A wy możecie looknąć na tę piękną gębusię~ ^.^




2013/05/15

Słówko po chińsku... Piasek!

[sha]

Piasek, piaski i piaskownice... czyli rzeźby z piasku.

 W wtorek wybrałam się z całą rodziną i z psem na plażę gdzie były wystawione wielgaśne rzeźby z piasku z międzynarodowego festiwalu rzeźb... z piasku.

Heeeeeeeeeejjjjjj....... od Jasia.
Piasek w całym jego majestacie.

Mam poczucie że to ma jakieś ukryte znaczenie...
Detale, detale... o kurcze...

Dlaczego leją mleko na piasek?!
Heh? Klej? Oni to sklejają?!


Inucha.