2012/09/29

Jadę, jadę... czyli rozwalony autobus i łyżwy

Wczoraj był według mnie dzień porąbańczo zmarnowany...
Normalnie w piątki chodzę na łyżwy, ale tyle się działo w ciągu ostatnich kilku tygodni, że wciąż musiałam odwoływać lekcje z instruktorką...
W końcu nie wiedziałam co i jak i kiedy mam mieć lekcje...
Na dodatek za tydzień wyjeżdżam do Polski...

A więc w południe zjeżdżałam autobusem osiedlowym z góry (gdzie mieszkam) do głównej ulicy. Kierowca wysadził mnie na skrzyżowaniu, a nie na przystanku, z którego miałam jechać kolejnym autobusem. Tak więc musiałam szukać tego przystanku, który kiedyś był a teraz jakoś go nie było... W tym miejscu meszę zaznaczyć, ze nie często sama jeżdżę na łyżwy a także, że wczoraj lał deszcz, który ograniczał widoczość.
Tak wygladają gorsze przystanki w Taipei: [zdjęcie z internetu]
Stwierdziwszy, że przystanek zniknął, przeszłam piechotą na wcześniejszy przystanek. Na szczęście ten jeszcze stał, więc tam zostałam czekając w strugach deszczu na autobus... Po kilku minutach stania w deszczu z ogromniastą walizą na łyżwy i z ciupcim parasolikiem nadjechał właściwy autobus. Trochę się wahałam czy wsiąść do niego, bo z daleka było widać, że to nienajnowszy model. Ale i tak lepszy rozpadający się busik niż stanie w deszczu.
No i kurczę ruszył się, zrezygnowana umiejscowiłam się w najciaśniejszym miejscu jakie było. Po chwili autobus stanął na następnym - "nieistniejącym" - przystanku.
Ale "nieistniejący" przestanek nie miał tabliczek na słupkach, tylko były one przybite do sciany...
Więc biedna Zozo stwierdziła, że przystanek za nie istnieje. I pomyśleć że ja wcale nie jestem blondynką (bez urazy)...
Po godzinnej jeździe z wielką walichą w rozpadającym się autobusie, dojechałam, chcąc nie chcąc, na lodowisko o fajnej nazwie - Małe Wielkie Jajko...
Jedyne lodowisko standardowej wielkości na
Tajwanie [zdjęcie z internetu]
Tam również mnóstwo skomplikowanych i dziwnych rzeczy się wydarzyło...
I tak dalej, i tak dalej...
Między innymi - instruktorka nie przyjechała, bo okazało się, że tego dnia nie miało być lekcji...
I tak dalej, i tak dalej...
Jadłam loda w deszczu, trzymając parasol w tym samym ręku, bo druga ręka ciągneła walizkę.
I tak dalej, i tak dalej...

Jeśli ktoś chce znać szczególy poprzedniego paragrafu, proszę skomentować na dole!

No comments:

Post a Comment